Kategorie: Wszystkie | full wypas | polskie i dobre | przyjemne | science fiction
RSS
piątek, 21 maja 2010

 

 

 

Obiad:

Zapiekanka makaronowa z dodatkiem gulaszu wieprzowego, pieczarek, żółtego sera i masy przypraw, sama nie wiem czego tam nie dodałam. Było super, na przystawkę poszarpana sałata lodowa pomieszana z kawałkami pomidorów, świeży koperek.

 

 

Syty deser:

Kiedyś moim ulubionym filmem był "Ostatni Mohikanin", potem zachwyciły mnie "Gwiezdne wrota". Oczywiście "Gwiezdne wojny" oglądam z uśmiechem do dziś, ale tu nie chodzi mi o wodze fantazji. Dla mnie filmy "Gwiezdne wrota" i "Gwiezdne wojny" są jakby z innej półki, dotykają innych kubków smakowych, te pierwsze wprowadzają w stan zadumania, drugie to lekka rozrywka, bajka. "Avatar" jest połaczeniem "Ostatniego Mohikanina" i "Gwiezdnych wrót". Dodatkowo niesamowite efekty specjalne i jeszcze jakby zaczerpnięcie z  filmów typu "Szeregowiec Ryan". Urzeka mnie w tym filmie taki powrót do natury, odkrycie wartości, które być może istnieją, ale niemożliwym jest tego sprawdzenie. Zawsze byłam pewna, że straciliśmy kontakt z naturą, zabiliśmy go jako ludzie i ona staje się nam coraz bardziej obca. Czy jest rzeczywiście obca? Tego już nigdy się chyba nie dowiemy.

 

 

"Avatar" - nieważne jaką masz obudowę, ważne jest to jaki jesteś w środku...

Ktoś komentował ten film mówiąc o zoofilli, przyjęłam go jako ignoranta i umysł niezdolny do widzenia szerzej. Cieszę się, że nie mam, aż takich, klapek na oczach.

 

 

 

 

15:35, niedostosowanie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 maja 2010

 

Obiadokolacja:

Smażony Camembert w panierce z żurawiną. Ser usmażony na głębokim oleju, ułożony na sałacie z sosem winegret, oprócz żurawiny na talerzu układamy plasterek pomarańczy ze skórką i nieco czerwonej, słodkiej papryki.  Dodatkowo nieodłączna sałatka po grecku i lampka czerwonego, wytrawnego wina (no, może dwie lampki).

 

Wśród normalności i nudy trafia się czasem na ludzi wyjątkowych, będących światełkiem w ciemnym, zimnym i brudnym tunelu. Częściej spotyka się jednak "gnidy", no i jeszcze masa tych co nie mogą się zdecydować czy akceptują inność, jaka ona by nie była.

Niesamowity film, ktoś może powiedzieć, że ze zbyt dużą dawką fantazji. A dla mnie prawdziwy, naturalny. Tylko ignoranci twierdzą, że istnieje tylko to w co sami uwierzą.

22:38, niedostosowanie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 marca 2010

 

 

Głodówka:

Film już stary, dla wielu przestarzały, wielu okrzyknęło go totalną bzdurą i bajeczką dla dzieci. Tak rzeczywiście może i jest. Można odzrucać każdą ewentualność, każdą prawdę, w większym albo i mniejszym stopniu, jeśli nie mamy dowodów, że nią jest.

Prawda bez dowodów nie jest prawdą? Kiedy zadaję sobie takie pytanie zaraz słyszę obok siebie jakiegoś intelektualistę, wierzącego tylko w dotyk i pytającego mnie "A czym jest prawda?", co za kanał.

Nie mogę uwierzyć w tę namacalną prostotę życia przy ogromie jego skomplikowania, tak jak nie wierzę, że jesteśmy sami we wszechświecie. Mam wątpliwości co do mojej wolności wyboru, kiedy tak wiele nie zależy ode mnie. Może mi się wydawać, że tak jest, ale to "tyż prowda...".  Czuję intuicyjnie, że jest właściwa droga dla mnie, może i dla każdego, ta droga nie jest właściwie zależna ode mnie, bo mam tylko dwie lub trzy możliwości wyboru, na każdym jej etapie. A całkiem możliwe, że mój wybór też jest już z góry założony, bo przy wyborach kierują się moją intuicją. Czasem mam uczucie bycia w Matrixie, nie tym z filmu, ale czuję, że jestem nikim, a jednak mam swoje zadanie. Może nie najmniejsze, bo mam świadomość, ale nic w nim ważnego... Może kiedyś, w następnym wcieleniu, to zadanie będzie już istotniejsze, a mój rozwój dotychczasowy nie będzie bezcelowy.

 

Czasem mam wrażenie, że mogłabym wniknąć przez łacze internetowe i przenieść się momentalnie w inne miejsce, tam gdzie chciałabym się znaleźć...

 

 

*

Głodówka i uczucie niedosytu, mnóstwo pytań i dziur, przebiegający przed oczyma naprzemiennie układ cyfr zero-jedynkowy, macierz. 

 

środa, 10 marca 2010

"Impreza u babci":

Namiętność połączona z miłością. Scena seksu na stole, z którego Cora zrzuca chleb. Łoże dla smakoszy - twarde i apetyczne. Oboje mieli w sobie skrywaną dzikość i nieodpartą chęć bycia razem. Była tak mocna, że ponawiają usiłowanie zabójstwa, po pierwszej nieudanej próbie, męża Cory. JA CIEBIE CHCĘ, jesteś odpowiednia/odpowiedni by dać mi to czego chcę - to właśnie wątek przewodni całego filmu. No i gra aktorska Jessici i Nicholsona jest niesamowita, trzymają swą grą napięcie. Człowiek zastanawia się, które z nich jest bardziej nieobliczalne i żałuje, że nie jest stroną w tym romansie. Nawet jeśli rozwiązania sytuacji nie bardzo odpowiadają.

Przez cały film czuje się rozmarzenie, świat wewnętrzny drga i zabijasz razem z nimi, bo przecież chesz, aby im wyszło... No i jeszcze dość zaskakujące zmiany akcji w trakcie, jedna z nich to zakończenie, ale nie będę opowiadać filmu. Sama obejrzę go jeszcze raz, może dwa, może więcej... bo warto.

*

Co się dzieje na stole, gdy babcia czy ciocia ma imieniny, nikomu nie trzeba tłumaczyć. Jest dużo wszystkiego, większość pyszne. Wychodzimy obżarci tak bardzo, że z przodu mamy wielki, napięty bęben. Nic tylko walić.

 

wtorek, 09 marca 2010

Zwykły obiad:

Miałam telefon i nakazano mi obejrzeć ten film, a potem miałam się wypowiedzieć. Nie jestem nim zachwycona do chwili obecnej, ale był ok, ciekawy, fajnie było obejrzeć. Kurde no, dobry był! Chiało się go obejrzeć, tylko jakość z You tube była do niczego i nie zawsze słyszałam dialogi. Ale jak już się wsłuchałam... Artystyczne podejście do życia, na luzie. Podjęta sprawa wiary, mlodzieniec rezygnujący z bycia księdzem, przeżywanie oczekiwania na śmierć chorej na raka. Zwykłe rozmowy, takie egzaltowane, wyszukane, rodzinka "lepsza" i jej bolączki.

Jestem zazdrosna, chciałabym należeć do takiej rodzinki, być jej częścią i wzrastać w niej. Dlatego jest dla mnie zbyt idealna, daleka...

*

Makaron pełnoziarnisty w wersji spagetti i sos po bolońsku zapijane czerwonym winem, nie patrzyłam na markę, za bardzo chiało mi się pić.

 

Deser:

Moja przyjaciółka, choć nie wiem czy nią jest, to raczej nieokiełznana dusza podobna nieco do mojej. Bo wszak jesteśmy zupełnie inne. Ale potrzeby podobne, mogłybyśmy należeć do tej idealnej, w moim przekonaniu, rodziny z tego filmu. Dziwne, że to ona mi go podsunęła. Pomimo upływu lat, pomimo przerw, ciągle do siebie wracamy, jakby po to by przyklepać swoje myśli, na chwilę. Jakby szukając delikatnego oparcia i mamy siebie znowu, delikatnie pisząc "w dupie". Nie było delikatnie? To przez to wino, wymsknęło mi się...

*

Odchudzam się, więc nalałam sobie drugą lampkę wina, może spojrzę na etykietę zanim wyrzucę butelkę, może...

 

 

Niedzielny obiad:

Nie czytałam powieści Johna Irvinga "Świat według Garpa" i pewnie już nie przeczytam. Kiedyś uwiebiałam czytanie, dziś zasypiam nad książką. Mam nadzieję, że to przestępstwo, bo jest nim zapewne, zostanie mi wybaczone. Ale film oglądałam dwa razy. Za pierwszym razem uznałam, że fajny, za drugim - znakomity.

*

Był schabowy, buraczki, kiszona kapusta z kminkiem i pure ziemniaczane. A do tego - rosól, wedle zasady wcielanej nam przez naszego ksiądza proboszcza "Nie ma dobrej niedzieli bez rosołu".

 

Deser:

Jej! Tam było wszystko! Miłość, zdrada, żądza i zaspokojenie seksualne, fiministyczno-zimna matka, seks z umierającym, odgryzienie penisa podczas wypadku - uderza mąż w stojące auto, w którym żona robi loda kochankowi, duchowa strawa wiążąca ludzi. A i zabójstwa, najpierw matki, potem syna.

*

Orzechy zatopione w karmelu, taki "Biedronkowy" batonik.

 


 

 

Lanch:

Patrzyłam trochę ze znudzeniem na całą fabułę filmu, choć zatrzymywała mnie Kasia Figura i jednocześnie nakazywała patrzeć w obraz dalej. Mam tu na myśli film "Aria Divy". Spotkanie dwóch kobiet, które przyciąga do siebie ich odmienne życie połączone z wyborami. Zniechęcenie budziło we mnie brak dialogów, że też one właściwie nie miały sobie nic do powiedzenia, a jednocześnie ciągnęło je do siebie i to aż zadziwiająco mocno.

*

Zakręciłam dziś na szybko omleta. To nie dzień na gotowanie...

 


Deser:

Czasem spotykamy ludzi, z którymi wystarcza nam "nieme" spotkanie. Potem zawiązują się krótkie dialogi, wymiania zdań o naszej codzienności i znowu cisza. Rany, jaki ten film był prawdziwy, pomyślałam tak dopiero po tygodniu. Zero naciągania rzeczywistości i mam oczy Figury do dziś w głowie...

*

Lampka czerwonego wina Borgo Cipressi - CHIANTI.